sobota, 27 sierpnia 2011

Po pielgrzymce.. cz. 4

Dzień jedenasty - Mroczków-Chełsty (37,4km)
Dzisiaj trasa wiodła przez Białaczów, a w nim można było zobaczyć autentyczne czworaki (tak, tak, Ci którzy czytali "Ludzi bezdomnych" wiedzą o co chodzi:) oraz dworek Hrabiego Małachowskiego. Niestety dwór się rujnuje. Wiele lat temu mieszkały tam siostry zakonne i bardzo dbały o niego, dziś został przejęty przez gminę i zamieniony został na dom opieki społecznej. Co tu dużo mówić - rujnuje się. Za Białaczowem widzieliśmy skutki wichury - drzewa połamane jak zapałki.





Nocleg był w średnio-przyjaznej pielgrzymom miejscowości Chełsty. Średnio przyjaznej, bo niezbyt łatwo tam o nocleg, ale przede wszystkim dlatego, że jest tam naprawdę bardzo zimno i to ponoć każdego roku. Któregoś roku nawet woda w misce zamarzła. Jest to spowodowane najprawdopodobniej bliskością kopalni piaskowca.

Tego wieczoru organizatorzy pielgrzymki przygotowali nam niespodziankę - TORT NA 25-lecie!!!!! A właściwe 2 torty:)

Dzień dwunasty - Chełsty-Strzelce Małe (39 km)

Iść coraz trudniej, bo coraz większe zmęczenie. Teraz rozumiem dlaczego ta odległość jest trudna. Wcześniej nie rozumiałam tego, że inne pielgrzymki także chodzą po 35 km dziennie, ale tutaj nakłada się zmęczenie z kilku dni. A także świadomość,  że jest się już coraz bliżej Jasnej Góry sprawia, że łatwiej się idzie. Prawdziwą furorę robią zabawy w "domek". To coś w rodzaju berka w kolumnie. Ktoś klepnie drugiego pielgrzyma i robi z dłoni nad głową "domek". Gdy ktoś ma ten domek nad głową nie można mu oddać i trzeba znaleźć kogoś, kto domku nie ma i mu przekazać.

Na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek..



Dzień trzynasty - Strzelce Małe - Pacierzów (40,7 km)

Trasa wiedzie przez Kobiele Wielkie - miejsce narodzin Reymonta. Kolejnym ważnym punktem jest Sanktuarium w Gidlach. Oprócz słynącej z cudownych łask figurki Matki Boskiej (ostatnie udokumentowane uzdrowienie nastąpiło na miesiąc przed pielgrzymką) i wina, które można było tam nabyć, na pielgrzymów czekała niespodzianka. JEDZENIE!!!! Jedzenie przywiezione, przez przedstawicieli pielgrzymów grupy złotej. Oczywiście wygłodzona "hałastra" wszystkie pączki, babki ziemniaczane i bigosy pochłonęła w try-miga:)

Dzień czternasty - Pacierzów - Jasna Góra (28,5 km)

Nikt nie wie, kto tego nie przeżył, jaka to euforia dojść na Jasną Górę po tylu dniach trudzenia się i zmagania ze swoimi słabościami. Nawet jeżeli przed obrazem Matki Najświętszej można przebywać około minuty, gdyż natłok pielgrzymów utrudnia jakąkolwiek dłuższą modlitwę. Jakiej gęsiej skórki można dostać w chwili wejścia do kaplicy, że to już tak blisko, że to już za chwilę. Panna Ola zachowywała się jak święty Mikołaj na Prozacu (jakby to powiedziała Foebe z "Przyjaciół"). Ale zanim to nastąpiło na 10 km przed Częstochową na tzw. Górce Przeprośnej podziękowaliśmy sobie za wszystko i przeprosiliśmy się za wszelkie przykrości, które w wyniku zmęczenia i rozdrażnienia mogły się przytrafić po drodze.

Ola w grupie błękitnej..

Oprócz modlitwy pod wiadomym obrazem, poszłam obejrzeć drogę krzyżową Jerzego Dudy-Gracza. Widziałam ją już kiedyś, ale teraz kiedy weszłam i nań spojrzałam, to miałam po prostu problemy z oddychaniem.. Bo to coś więcej niż droga krzyżowa..Można ją zobaczyć pod tym linkiem, chociaż zdecydowanie odradzam włączanie głośników.
http://www.youtube.com/watch?v=lLtkBMAgMcg

Na Jasną Górę doszła tego dnia również Pielgrzymka Kaszubska, która szła aż do Levocy na Słowacji (Do Częstochowy szli 19 dni, a do Levocy kolejne 10). Spotkałam przez przypadek koleżankę z mojego chóru w Gdańsku, która również wzięła udział w tej pielgrzymce.


Wchodziła po nas również Pielgrzymka Hipisów. Wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Dlaczego? Ponieważ byłam szczęśliwa, że w tej pielgrzymce może uczestniczyć każdy, nikt nie musiał obawiać się dyskryminacji. Ale znak, który nosiła większość z nich - tzw. pacyfka jest jednocześnie symbolem, który bywa interpretowany, szczególnie przez satanistów, jako krzyż ze złamanymi ramionami, oznaczający upadek chrześcijaństwa. Więcej o tym znajduje się pod tym linkiem. I właśnie owy symbol, tu na Jasnej Górze?



Przed Jasną Górą wiele par bierze ślub:



I to już wszystko. Kolejna pielgrzymka za rok i mam nadzieję, że znowu będę mogła pójść:):):) Póki co, mam nadzieję, że uda mi się pójść do Krypna. Zmieniłam nieco zdanie o Jasnej Górze. Wcześniej nie lubiłam tego Sanktuarium (Sanktuarium i Obraz Matki Najświętszej to dwie różne sprawy, które rozdzielam), ze względu na natłok pielgrzymów i brak czasu na cokolwiek. Teraz myślę, że jest trochę inaczej. Jak, to jeszcze nie wiem, jeszcze nie przemyślałam. Wiem, że ta pielgrzymka zapoczątkowała we mnie trochę przemian. I mam nadzieję, że nie zatrzymam się w połowie. Że te wszystkie rozmowy, te wszystkie modlitwy, pęcherze, ta cała nauka zasiana w mojej duszy nie pozostanie bez echa..

p.s Na koniec trochę muzyki sefardyjskiej - Yasmin Levy

czwartek, 25 sierpnia 2011

Po Pielgrzymce.. cz. 3

Mówi się, że to rekolekcje w drodze. Że to spotkanie ze sobą samym, własnymi słabościami, ale także spotkanie z drugim człowiekiem. I taka jest prawda. Na pielgrzymce ciągle przebywa się z innymi ludźmi. Trudno o chwilę prywatności. Może jedynie wtedy, gdy się myjesz, chociaż i to nie zawsze. To zbliża. Bardzo. Jak to mi powiedział jeden pielgrzym, po kilku dniach marszu normalnieje się.
-"Jak to normalnieje?".
- "No widzisz Olka, już jesteś normalniejsza, a za dwa dni to zupełnie będziesz normalna"
-"Ale jak to?
-"No bo gdy się poznaliśmy to siliłaś się na pięknie budowane zdania, a teraz to mówisz co Ci leży na sercu. Przy takim zmęczeniu wyłazi wszystko z ludzi"

To prawda. Można dużo się dowiedzieć o sobie i o innych na pielgrzymce. Można też się mocno zaprzyjaźnić. I ja takiej przyjaźni doświadczyłam. I trochę mi żal było, że rozmowy były przerywane przez modlitwy czy śpiewy, chociaż kto wie czy nie był to czas na przemyślenie zadanych pytań, czy też modlitwę o rozeznanie odpowiedzi przed samym sobą na niektóre rozterki.

Dzień ósmy - Góra Kalwaria - Zbrosza Duża (38,3 km)

Dzień, który jeśli chodzi o tempo pierwszych dwóch etapów mogło wykończyć prawie każdego. Trasa wiodła przez różnego rodzaju sady, bogato obwieszone jabłkami, śliwkami i brzoskwiniami. Jednakże dało się dostrzec ową różnicę, o której mówili pielgrzymi - na postojach nie ma już tyle jadła co wcześniej. Zrozumiałe - w końcu się krzyżuje kilka szlaków pielgrzymek, a gdyby chcieć wykarmić tyle ludzi, to można by zbankrutować. Chociaż jak to mówił jeden brat "nie trzeba być bogatym, aby wystawić wiadro z wodą". A owej wody brakuje pielgrzymom.. Przeszłam na szczęście ten etap w całości, a wszystko dzięki... deszczowi. Zaczął padać na ostatnim postoju w wyniku czego się on wydłużył (normalnie to pielgrzymi idą bez względu na pogodę, ale to był ostatni etap i w dodatku można było znaleźć schronienie w kościele) i moje ścięgno zdołało odpocząć na tyle, że doszłam do końca. Gospodarze ugościli nas brzoskwiniami tak soczystymi, że nic tylko się uszy trzęsły od zajadania, a sok ściekał po twarzy...

Dzień dziewiąty - Zbrosza Duża - Kostrzyń (33,8 km)

Na odcinku z Promnej do Białobrzegów (4km) wręczono mi krzyż do niesienia. Pomimo krótkiego odcinka, po jakimś kilometrze zmieniono mnie, gdyż ścięgno sprawiło, że ledwo człapałam. Na tym odcinku doznałam szoku, gdyż znaleźli się pielgrzymi, którzy brali na chwilkę krzyż, po to tylko, aby zrobić sobie zdjęcie, jak to oni niosą go. Cóż.. skoro w internecie znajduje się zdjęcia z nagrobkami, to znaczy, że z krzyżem także można...

Dzień dziesiąty - Kostrzyń - Mroczków Gościnny (39,2 km)

Wkroczyliśmy na tereny tzw. zagłębia paprykowego. Mijaliśmy po drodze folie pełne tego drogocennego warzywa. Nie były to jednak tereny tego huraganu, którego skutki były pokazywane w telewizji. Widać jak narastające zmęczenie pogarsza zapamiętywanie. Złapałam się na tym, że z tego odcinka prawie nic nie pamiętam. A może deszcz na końcowym, błotnistym etapie sprawił, że należało się skupić na tym, aby nogi nie skręcić? Mroczków Gościnny w istocie okazał się tak gościnny jak nazwa wskazuje. Nocowaliśmy u przemiłych gospodarzy. Mieli urocze dzieci - Olę i Mateuszka. Ola kończyła roczek 2 dni wcześniej, więc załapaliśmy się na ciasto urodzinowe. Było pyszne!!!!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Po Pielgrzymce.. cz 2

Dzień czwarty Nur-Miedzna (33,1 km)

Rankiem zbudził nas widok pielgrzymów poubieranych w płaszcze przeciwdeszczowe jakoby te dobre duszki i wracających na przyczepie z Ołtarzy. Po mszy i śniadaniu wyruszyliśmy do Ceranowa a wraz z nami nasi gospodarze. Przemili ludzie. Wzięłam od nich adres i planuję wysłać kartkę z podziękowaniem. Dalsza trasa wiodła przez Kosów Lacki - miejsce w którym odkryto jedyny w Polsce obraz El Greca - "Ekstaza św. Franciszka". Doszliśmy na postój i wtedy po raz pierwszy wyszły na jaw problemy z tempem przemarszu. Do Kosowa doszliśmy 20 minut przed przewidzianym czasem. Ludzie się burzyli, gdyż po co się tak spieszyć, zwłaszcza, że w pielgrzymce uczestniczą nie tylko ludzie młodzi, ale również i tacy, którzy mają po 70 lat. Później problemów z tempem przemarszu było wiele. Zdarzały się etapy, na których naklęłam się pod nosem co niemiara. W końcu nie była to tylko kwestia wytrzymałości, ale przede wszystkim ścięgna, które coraz silniej mi dokuczało. Był to pierwszy dzień, kiedy towarzyszyło nam cały czas słońce.

Dzień piąty Miedzna - Wierzbno (28,1 km)

Pierwszy etap zjechałam. Wczorajsze przeciążenie ścięgna dało znać o sobie. Noga mi spuchła i nawet Altacet nie pomógł. Pierwszy postój był w Węgrowie po 11 km marszu. Węgrów to taka pułapka na pierwszorocznych pielgrzymkowiczów, gdyż tablica "Węgrów" jest ustawiona stosunkowo wcześnie, natomiast trzeba iść jeszcze blisko 4 kilometry przez samą miejscowość. W Węgrowie obejrzeliśmy tajemnicze lustro czarnoksiężnika Twardowskiego, w którym wg legendy, król Zygmunt August miał zobaczyć ducha swej zmarłej żony Barbary Radziwiłłówny. Istnieje również inna legenda, dotycząca Napoleona Bonapartego (cały czas szliśmy bowiem szlakiem napoleońskim), który miał prosić lustro o ukazanie swego triumfu nad Moskwą. Gdy w lustrze zobaczył swą klęskę, lustro wypadło mu z rąk i stąd się wzięło owo pęknięcie, widoczne aż do tej pory.

Chorzy pielgrzymi tzw. "padalce" nawet gdy zjeżdżają etapy wysłuchują tych samych konferencji co pozostali , odmawiają różaniec, koronkę. Potem mają "czas wolny" do czasu, aż pielgrzymka nie przyjdzie, jednakże bez oddalania się od miejsca postoju. Kiedy tak oczekiwałam z koleżanką Justyną na przybycie pielgrzymów, podeszła do nas jakaś kobieta i chciała dać nam pieniądze, gdyż nie zdążyła się dorzucić do miejscowej składki, a bardzo zależało jej na wsparciu nas. Rozpłakała się, gdyż w jej życiu i jej najbliższych bardzo źle się działo i prosiła o modlitwę. Pieniędzy nie mogłyśmy przyjąć, ale gdy kobieta zobaczyła, żeśmy kontuzjowane, więc poszła do apteki i kupiła nam bandaże i maść. Wtedy zobaczyłyśmy wchodzących pielgrzymów. Było to o tyle dziwne, gdyż przyszli o 30 MINUT za szybko.

Pomimo, że po zjechaniu pierwszego etapu, zostało mi do przejścia jedynie 17 km, to ścięgno, które bolało mnie coraz mocniej i mocniej, sprawiło że ledwie się doczłapałam na miejsce przy pomocy jednego pielgrzyma. Przed Apelem Jasnogórskim prawie się popłakałam, bo tak bardzo chciałam iść dalej, a obawiałam się, że będzie to niemożliwe z powodów fizycznych. Wtedy jeden pielgrzym powiedział: "Ty mi się nie żal, ty żal się  "tam"" Owo "tam" to był Najświętszy Sakrament.

Dzień szósty Wierzbno - Siennica (33.9km)

Z rana rozmawiałam z Moniką. O tym moim ścięgnie, że ledwo idę i w ogóle. I ona mi dała taki stabilizator ortopedyczny, który poleciła jej lekarka, gdyż rok wcześniej, tak jak ja miała problem ze ścięgnami. Bez tego stabilizatora nigdy w życiu bym nie doszła na Jasną Górę, jednakże fakt otrzymania tego stabilizatora i radę pielgrzyma, którą otrzymałam dzień wcześniej połączyłam ze sobą dopiero po pielgrzymce. gdyż dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że oba zdarzenia miały miejsce w tak krótkim czasie po sobie. I można się zastanawiać czy to tylko i wyłącznie przypadek. Moim zdaniem przypadek to nie był.

Dzień siódmy Siennica - Góra Kalwaria (33,8 km)

Był to niewątpliwie jeden z najtrudniejszych odcinków, gdyż trasa wiodła drogą szybkiego ruchu, pełną tirów. Mijaliśmy po drodze wiele pań trudniących się "pilnowaniem lasu". Poza tym gorącz odbijająca się od asfaltu dawała znak o sobie. Wielu braci i sióstr zmagało się z tzw. "asfaltówką" - uczuleniem na opary asfaltu, które się zwalcza pijąc regularnie wapno. Mnie całe szczęście "asfaltówka" nie dopadła i miałam w tym więcej szczęścia niż rozumu, gdyż taki roztargniony osobnik, jakim jest panna Ola, oczywiście o piciu wapna zapominał. Najtrudniejszy etap wiodący przez miejscowość Całowanie zjechałam, posłuchawszy rady bardziej doświadczonych pielgrzymów. Trudnością tego etapu był most na Wiśle, który trzeba było przejść prawie biegnąc i to jeszcze pod górę. Gdy pielgrzymka doszła widziałam bardzo wyraźnie jak ludzie płakali ze zmęczenia i po prostu padali. Ja z moim ścięgnem to bym po prostu wysiadła...

 c.d.n

p.s pielgrzymkowy hicior na rozluźnienie atmosfery:

http://www.youtube.com/watch?v=ePZk4sKSXoo

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Po Pielgrzymce..cz.1

Co tu można powiedzieć? DOSZŁAM!!!

Jak było?
Czy było trudno?
Czy stopy bolały?
Czy było warto?
Jak ludzie?
Jak księża?

Pytań ciśnie się na usta naprawdę całe mnóstwo. A ja cały czas szukam odpowiedzi. A może raczej słów jak tę odpowiedź wyrazić..

Bo ta Pielgrzymka to było naprawdę coś niezwykłego. Zmaganie się ze sobą, z własnym zmęczeniem, bólem, ścięgnami, a także zmęczeniem, bólem innych pielgrzymów.

To niezwykłe przeżycie. Niełatwa walka o to, aby przejść każdy kolejny etap, każdy kolejny dzień, gdyż już pierwszego dnia zaczęły się u mnie problemy ze ścięgnem.A przecież się przygotowywałam...

No tak, tylko przygotowania te nie obejmowały deszczu, który padał przez pierwsze trzy dni prosto na rozgrzane mięśnie.

Dziś wiem, że bąbelki to nic takiego przy ścięgnach. W końcu je się przebije, zaciska zęby i się idzie, a po jakimś czasie już nie czuje, natomiast balansowanie na skraju opuchniętego ścięgna, grożącego wsadzeniem w gips to jest już inna sprawa. Całe szczęście inna pielgrzymująca dziewczyna Monika pożyczyła mi stabilizator ortopedyczny i dzięki niemu doszłam do końca.

Dzień 1 Białystok-Suraż (28,8 km)

Po mszy w Farze wyruszyliśmy. Żegnało nas mnóstwo ludzi, ale również wielu szło z nami do Suraża, w końcu sobota. Na postoju w Pomigaczach zaserwowano nam przepyszną babkę ziemniaczaną. I tam ugryzła mnie na dzień dobry osa. Całe szczęście żądła nie zostawiła, więc opuchlizny prawie nie było. Idąc ten pierwszy etap zaczęłam dostrzegać czymże jest owa podlaska gościnność. Na każdym postoju jedzenia w bród. Kurczaki, kiełbaski, zupy, ciast tyle że nie wiadomo za co się chwycić. Przed miejscowością Kowale chwycił nas ulewny deszcz i ostatnie etapy trzeba było w związku z tym przejść bez przerwy.
W Surażu przywitał nas ksiądz Proboszcz z kwiatami i rozeszliśmy się w poszukiwaniu noclegu. Było ciężko, gdyż po raz pierwszy na pielgrzymce będąc, nie wiedziałam gdzie iść, ale tak po godzinie szukania w końcu znalazłam nocleg z koleżanką Asią. Takie dziwne uczucie, chodzić i prosić. Z pewnością jest to trening osobowości. Wtedy po raz pierwszy poczułam ból ścięgna, tylko jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to właśnie ścięgno..

Dzień 2 Suraż - Mień (32,8km)

Ból po nocy minął. Łudziłam się, że na zawsze, ale w wyniku marszu się odnowił i potem miało być już tylko gorzej. Pogoda nadal nas nie oszczędzała. Lało, lało, lało. Kolejna para butów przemoczona. Jednocześnie odczuwałam coś w rodzaju głębokiego wzruszenia, widząc ludzi czekających na nas w deszczu w bramach, po to tylko, aby nas przywitać. Salwy śmiechu za to wzbudzały krowy(niemi świadkowie naszego pielgrzymowania), biegnące przez pół pastwiska, po to tylko, aby zobaczyć grupę błękitną:). W Sanktuarium w Hodyszewie po raz pierwszy przeżyłam to uczucie, kiedy człowiek wchodzi do świątyni i pada na kolana wiedziony zmęczeniem, zachwytem i różnymi innymi rzeczami.
Wieczorem dotarliśmy do Mnia - jednej z najbardziej przyjaznych miejscowości na trasie. Żaden pielgrzym nie mógł się ostać bez dachu nad głową. Sołtys jeździł i sprawdzał czy ktoś nie błąka się samotnie po ulicy oraz zgarniał bagaże na samochód, aby nie trzeba było samemu dźwigać.

Dzień 3 Mień - Nur (31,3 km)

Trasa wiodła polnymi drogami. Po deszczach zakrawa to na katastrofę. A co może wyjść z drogi polnej po deszczu i w deszczu? Kolumna rozciągnięta na 1 km długości z powodu kałuż!!! Zapewne w opisie nie brzmi to jakoś nadzwyczajnie, ale ten ogrom błota, wody i wszystkiego po trochu to kolejna para butów do przemoczenia. Całe szczęście dzień wcześniej jedna się grzecznie wysuszyła na plecaku. Na tej trasie przeżyłam również swój pierwszy zjazd. Chciałam iść, ale jak zobaczyłam kłębiące się chmury i stanęła mi przed oczami wizja przemokniętego bandaża na bolącym ścięgnie i groźba nadwyrężenia go jeszcze bardziej, stchórzyłam.. Zjechałam.. Na zjeździe odmawialiśmy różaniec, a moja głowa zasypiała. Walczyłam ze znużeniem. I co ciekawe.. jak skończyliśmy zmęczenie przeszło. A do Nura już doszłam o własnych siłach. Tam część pielgrzymów zapakowała się na ciągniki i pojechała do sąsiedniej miejscowości Ołtarze. Mnie i Asi trafił się nocleg u przemiłych ludzi w Łęku Nurskim. I tak minął dzień trzeci.

c.d.n

piątek, 29 lipca 2011

Blondynka fałszuje na pielgrzymce;)

A więc jutro ruszam. Mam nadzieję, ze zobaczymy się 13 sierpnia:) Mam zamiar pisać pamiętnik (jak się uda i oczywiście nie na laptopie - o nie!) więc być może się podzielę później jego fragmentami:)

Do zobaczenia!!!

Jakby co, śledzić gdzie jestem można tu:

http://www.pielgrzymka.net.pl/?page_id=981

czwartek, 28 lipca 2011

O dietach, zdrowym odżywianiu i tego typu podobnych sprawach.

W Gdańsku praktycznie nie oglądałam telewizji. Powód? Brak telewizora. Teraz telewizor mam i zdarzy mi się coś obejrzeć, bądź widzieć kątem oka jak ktoś telewizję ogląda. Przeraziła mnie ilość środków na odchudzanie w stylu Goodbye Appetite czy ActiSlim. Reklamy są nachalne i w jednym rzucie reklam, tych środków reklamowanych jest po 2 albo i więcej. A mnie szlag trafia...

Większość znajomych wie, że od zawsze ważyłam trochę więcej. Od zawsze tzn. od podstawówki. Z czasem trochę za dużo. A może trochę dużo za dużo.

Czy usiłowałam coś z tym fantem zrobić? No oczywiście, że próbowałam. Ale za mało albo niewłaściwie. Nie zmieniało się nic.

Czy moja waga miała wpływ na moje relacje z innymi?

Oczywiście, że tak. Bo jak tu się nie czuć gorzej, gdy chłopcy z podstawówki czy gimnazjum obrażają Cię tylko dlatego, że ważysz trochę więcej. Albo z powodu swojej wagi uprawianie sportów przychodziło Ci z trudnością, więc nie trenując nie nauczyłaś/łeś się grać w siatkówkę, "kosza" czy "nogę", toteż w chwili obecnej rezygnujesz z obawy przed śmiesznością, przed tym, że ktoś sobie pomyśli, żeś łamaga.

A tak rodzą się kompleksy.

A że trzeba z tym walczyć, toteż Ola zaczęła. Najpierw duchowo. Bo przecież wygląd nie jest najważniejszy, bo liczy się to co ma się w środku.

Nie pomagało.

Bo co z tego, że wygląd nie jest najważniejszy, kiedy jednak tak zwane "pierwsze wrażenie" bierze górę, a wielu ludzi (a już z pewnością nastolatków) nie wychodzi poza nie? Kobieta to jedna wielka "emocjoła" jest, której byle drobiazg potrafi zepsuć humor na pół dnia. Ale nie tylko kobiecie..

Dziś wiem, że wiele spośród tych kompleksów było urojonych. Patrzę na swoje zdjęcia sprzed kilku lat i dopiero teraz dostrzegam ile czasu straciłam na zamartwianie się jaka to ja nie jestem. Część z tych doświadczeń ukształtowała Olę w całej okazałości. Zarówno tą dobrą i złą (w znaczeniu tą której nie lubię) część mnie.

Aż przyszedł czas, w którym zdecydowałam podjąć walkę o to, aby stać się taką, jaką zawsze chciałam być. Walkę o zdrowie, o urodę. Postanowiłam zrobić coś dla siebie. I bardzo mi na tym zależy.

Do takiej decyzji trzeba dojrzeć. Współlokatorka chodziła do dietetyczki, niezła myśl - pomyślałam. Tylko, żeby to takie drogie nie było. Aż w końcu dotarłam do miejsca, które mówiło OTYŁOŚĆ I STOPNIA. I się przeraziłam. Jak to możliwe, że dotyka mnie coś, co przeżywają z reguły ludzie starsi? Powiedziałam: nie ma co zwlekać, trzeba uciekać (niczym małpa z kąpieli). I nie uciekać w czekoladę i pocieszenia przyjaciółek, tylko zacząć DZIAŁAĆ!!!!

I poszłam. Zaparłam się. Skoro już płacę pieniądze to zrobię wszystko, aby to były dobrze wykorzystane pieniądze.

I nie żałuję.

Nie należę do osób, które stosowały dziesiątki różnego rodzaju cudownych diet. Jak się okazuje: "Na szczęście". Stosując je bowiem można rozwalić sobie organizm, a już na pewno metabolizm. Aby schudnąć wcale nie trzeba się umartwiać. Nie wolno wyłączać na zawsze jakiegoś składnika. Ograniczyć - jak najbardziej, ale wszelkich dietetyków szarlatanów, którzy każą wyłączyć jakiś składnik, należy posłać na księżyc.

Brzmi pięknie. Ale jak w takim razie pozbyć się tego niechcianego balastu?

Po pierwsze zapytać się siebie: "Po co mi to odchudzanie?". Jeżeli uważam, że wszystko się zmieni, jeśli dokonam tego, to czeka nas rozczarowanie. Sukces w odchudzaniu owszem może nadać naszej osobie pewną wartość, bo to znaczy, że dzięki naszej sile woli potrafimy spełniać swoje marzenia, wyrzec się pewnych rzeczy w imię wyższych celów, ale nic poza tym, nadal przecież będziemy tymi samymi ludźmi. Chociaż być może odrobinę bardziej pewnymi siebie.

Jak to powiedział Seneka Młodszy - O, jak dobrze byłoby dla niektórych ludzi, gdyby mogli uciec od siebie samych! Teraz sami się dręczą, drażnią, deprawują, straszą. Cóż pomoże wyprawa zamorska czy przeprowadzka do innego miasta? Jeżeli chcesz umknąć przed tym, co cię gnębi, trzeba ci być innym, a nie gdzie indziej.

Tak więc trzeba zmienić sposób żywienia:

Ja chciałam zgubić te parę kilo z kilku powodów:

- dla zdrowia
- dla urody
- aby nie mieć problemów z kupnem ciuchów
- aby móc w końcu nosić modele ubrań, które mi się podobają
- aby mieć większe szanse przy "pierwszym wrażeniu"

I napiszę zaraz coś, co może zaskoczyć. Gdyż od 4 kwietnia do 27 czerwca (wtedy byłam ostatni raz na wizycie u dietetyczki, dlatego podaję te dane) mając po drodze różnego rodzaju święta, bale przed obroną, bale chemika, wyjazd do Szwajcarii udało mi się stracić 12 kg nie głodząc się. Cera mi się poprawiła, a wyniki badań krwi są rewelacyjne wg pani doktor z centrum krwiodawstwa.

Jak widać efektem ubocznym zdrowego odżywiania jest chudnięcie. Tylko trzeba chcieć zmieniać coś, bez rozlicznych gadek to nic nie da i zapału na jeden dzień. Bez owych cudownych preparatów i pigułek. Bez męczących treningów na siłowni, bo aby schudnąć ruch jest niezbędny, ale nie taki jak większość z nas myśli. Ma być niezbyt obciążający, miarowy, jednostajny i wystarczająco długi. Aby być zdrowym, nie tylko należy jeść mniej, ale zmienić rodzaj pożywienia. W czasach starożytnej Grecji słowo "diaita" oznaczało "sposób życia". Było pojęciem znacznie szerszym od współczesnej definicji diety, rozumianej jako jakościowe lub ilościowe ograniczone odżywianie, zalecane zwłaszcza w czasie choroby.

Jak się zabrać do odchudzania?

1. ZBADAĆ TARCZYCĘ I ZROBIĆ SOBIE BADANIA KRWI I MOCZU - tylko przy zdrowej/leczonej tarczycy można schudnąć, a choroby takie jak cukrzyca czy choroby nerek pomogą w dobraniu właściwej diety.

2. Nastawić się na to, że być może przyjdzie Ci na pewien czas zrezygnować z niektórych rzeczy, a już na pewno zmieni się na całe życie częstotliwość ich jedzenia (przy czym, wbrew temu co się myśli o wyrzeczeniach należy wiedzieć, że w miarę postępu właściwej diety spada ochota na to, co nie zdrowe)

3. Powiedzieć sobie głośno, że nie będziesz siebie oszukiwać i w chwili gdy złamie się jakąś zasadę to będzie w stanie się do tego przyznać przed sobą i innymi.

4. Wizyta u dietetyka nie musi być koniecznością. Jednakże większość ludzi nie ma w sobie tyle silnej woli, ale również i fachowej wiedzy, aby odchudzać się na własną rękę. Dotyczy to zwłaszcza ludzi o dużej nadwadze. Lepiej powierzyć to specjaliście. Potrzeba tej kontroli nad głową, ale i słowa, gdy przyjdzie fala kryzysu. No i motywacji, w końcu się zapłaciło. A przede wszystkim ludzie nie mają wagi, która szacuje w przybliżeniu poziom tkanki tłuszczowej (są takie wagi dostępne nieraz w supermarketach, nawet za 50 zł, ale trudno porównywać je z jakością tych w gabinetach dietetycznych, które kosztują nieraz ok. 1000zł) . I wielokrotnie zdarza się tak, że waga stoi w miejscu, ale zmieniają się proporcje ciała. Na korzyść.

5. Nie nastawiać się na bardzo szybkie rezultaty - tzn. 20 kg w jeden miesiąc. Aby być zdrowym należy chudnąć ok 1 kg tygodniowo. Tak więc po pierwszym miesiącu powinno być ciała ok 4-5 kg mniej.

6. Zarzucić odchudzanie na skróty. Miałam koleżankę, która przeszła przez wiele diet i w ich wyniku PRZYTYŁA ponad 20 kg. Zaczęła dopiero chudnąć, gdy postanowiła się zacząć normalnie odżywiać. Schudła od tamtego czasu 17 kg.

7. Wygospodarować przynajmniej pół godziny 3 razy w tygodniu na aktywność fizyczną. Dzięki temu unikniemy rozstępów, wzmocnimy organizm, rozwiniemy mięśnie, które przyspieszają tempo metabolizmu itd.

8. Wywalić i zapomnieć wszystkie tabelki kalorii. Liczy się zdrowie, a nie kalorie.

9. Czasami ludzie nie chudną bo JEDZĄ ZA MAŁO. Więc tak naprawdę zmniejszenie ilości jedzonego pokarmu niewiele daje i pogłębia problem!!!

Polecane artykuły, pozwalające zrozumieć istotę odchudzania:

http://dobrydietetyk.pl/czytelnia/340/gdy_waga_klamie/ 
http://dobrydietetyk.pl/czytelnia/349/odchudzanie_pod_kontrola/
http://dobrydietetyk.pl/czytelnia/352/znowu_jestem_na_diecie/

Zapraszam do zadawania wszelkich pytań, wprawdzie dietetykiem nie jestem, ale mogę podpowiedzieć co i jak:)

środa, 27 lipca 2011

Revelation song

W Duszpasterstwie Akademickim na Mickiewicza w Gdańsku niejednokrotnie słyszałam pewną pieśń, która jak się okazuje ma swój angielski rodowód i jest śpiewana nie tylko w tym języku, ale również po polsku, hiszpańsku, portugalsku, litewsku, niemiecku, rosyjsku i kto wie jeszcze po jakiemu:) Oto wyniki mojego szukania:

oryginał - po angielsku - http://www.youtube.com/watch?v=rGgX_oqdib4&feature=related

po hiszpańsku (moja ulubiona wersja) - http://www.youtube.com/watch?v=evsf6_Hm6Xw

po francusku - http://www.youtube.com/watch?v=y8kLNPcOnNQ

po rosyjsku - http://www.youtube.com/watch?v=15G3wJwU7IM

po niemiecku - http://www.youtube.com/watch?v=4D3BdWEfV20

po portugalsku - http://www.youtube.com/watch?v=7WW-1dJdPPk

po polsku (polskie wersje są w dość kiepskich jakościowo nagraniach i wykonaniach) -

http://www.youtube.com/watch?v=PU0IKqOB5ws

http://www.youtube.com/watch?v=kUUwjeumg-4


Miłego słuchania:)

p.s Jak to bywa w przypadku tłumaczeń te same piosenki są wykonywane w różnych miejscach Polski w różnych wersjach. Revelation song to nie ominęło